Mój pierwszy instrument perkusyjny.
Muzyka i instrumenty towarzyszyły mi od urodzenia. Wiadomo, grzechotki w moim pierwszym łóżeczku, dźwięki w radio, rytm. Później czas harcerskich ognisk, gitarowych akordów, bieszczadzkich piosenek, trudno mi powiedzieć jaki był rzeczywiście mój pierwszy, świadomy instrument muzyczny.
Sięgając w głąb mej pamięci dochodzę do wniosku, że musiał to być instrument perkusyjny typu puszka po piwie wypełniona piachem. Wiecie, taka pogięta, z powycieranymi napisami, zaklejona obskurnym plasterkiem.
Ktoś zapyta : czy to aby na pewno instrument perkusyjny a nie po prostu śmieć? Odpowiedź z mojej strony może być tylko jedna; Dla mnie, był to najlepszy instrument na jaki mnie było stać gdy miałem 5 lat. Zrobiony na poczekaniu przez wujka Włodka zaraz po konsumpcji boskiego nektaru.
Takie były początki, realnie jednak pierwszy afrykański instrument perkusyjny (jak mi się wtedy wydawało) był to bębenek przywieziony przez przyjaciela rodziny – marynarza, imienia jego nie mogę sobie przypomnieć.
Miałem 10 lat i chciałem zostać Bobem Marleyem. Bębenek był z jednego kawałka rzeźbionego w syreny drewna hebanowego. Grałem na nim od rana do nocy przez cały tydzień, aż mi go rodzice zarekwirowali ze względu na niemiłosierny hałas którego podobno byłem sprawcą.
Ja się nie dałem, odnalazłem miejsce ukrycia mego skarbu i potajemnie przeniosłem w bezpieczne miejsce (czytaj: do babci). Babcia, jako osoba przygłucha, nie miała nic przeciwko temu, by wnusio uprawiał dalej swoją pasję – mało tego zachęcała mnie do tego ponieważ moje wizyty u niej stały się zdecydowanie częstsze i dłuższe.
Jak ją wzięło na wspomnienia to opowiadała jak to dziadek grał w kapeli weselnej na akordeonie jego kolega na trąbce i że był tam taki z wielkim bębnem i talerzykiem co grał używając takiej dużej pałki. Mówiła że to była prawdziwa muzyka nie to co teraz: “Wyjdą jakieś oberwańce i udają, że wiedza jak grać, a tak na prawdę, to nic nie wiedzą”.
Zaraz jednak po takich słowach głaskała mnie czule po głowie i mówiła: “Graj synku, graj ja nie o Tobie, ty bardzo ładnie grasz”. Później strzelił naciąg i już sobie nie poradziłem.
Teraz jako neurochirurg niestety nie mogę już nadwyrężać moich rąk, a szkoda.
Wpis w kategorii Perkaszyny | Komentarze są wyłączone